Zielarz z Gorajca. Jak rośliny przechowują pamięć pogranicza

Czas czytania: 14 min

W skrócie

  • Zbigniew Bliziński, zielarz z Gorajca na Roztoczu Wschodnim, uczył się ziół od babci, a dziś jego „ogródek” rozciąga się na Roztocze, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie. Jego wiedzę przybliża trzeci odcinek podcastu „Pamięć Pogranicza” Stowarzyszenia Folkowisko.
  • Skupiska dawnych roślin ogrodowych potrafią wskazywać miejsca zaginionych gospodarstw. Na pograniczu, które po wojnie gwałtownie się wyludniło, flora bywa jedynym śladem po wsi, która przestała istnieć.
  • Część wiejskiej apteki pokrywa się z monografiami Europejskiej Agencji Leków: melisa przy stresie i problemach ze snem, szałwia przy dolegliwościach jamy ustnej, piołun przy braku apetytu.
  • Najgroźniejsze twierdzenia z rozmowy wymagają sprostowania: piołun nie leczy botulizmu, mniszek nie jest lekiem na raka, żywokostu nie należy pić, a nalewki z bielunia i muchomora czerwonego są truciznami, nie terapią.
  • Zasada „zostaw 30 proc. stanowiska” to praktyka zbieracza, a nie przepis prawa. Gatunki chronione podlegają zakazom zbioru i wymagają zezwoleń.
  • Zawodowy zbieracz ziół niemal wymiera, a wraz z nim znikają nazwy, stanowiska i receptury. Dziedzictwo ratuje dokumentacja: nagrania, zapiski, opisy miejsc.

Na Roztoczu roślina bywa czymś więcej niż surowcem zielarskim. Jest śladem po gospodarstwie, którego już nie ma, resztką ogrodu prababki i bohaterem opowieści o urokach oraz zmorach. Rozmowa ze Zbigniewem Blizińskim, zielarzem z Gorajca, pokazuje, jak wygląda wiedza przekazywana ustnie przez pokolenia. Pokazuje też, dlaczego warto ją dokumentować, oddzielając tradycję od twierdzeń medycznych, które współczesna farmakologia może sprawdzić.

Wiedza, która zaczyna się w terenie

Zbigniew Bliziński mieszka w Gorajcu na Roztoczu Wschodnim i od dzieciństwa zbiera zioła. Pierwszych nauk udzieliła mu babcia, później poszerzał wiedzę w szkole zielarskiej; w materiałach Letniej Szkoły Tradycji Festiwalu Re:tradycja opisywał własną drogę od rodzinnego przekazu do zawodu.[2] Większość relacji cytowanych w tym tekście pochodzi z trzeciego odcinka podcastu „Pamięć Pogranicza” Stowarzyszenia Folkowisko.[1] Lekcje babci nie zaczynały się od tabeli z nazwami gatunków. Zaczynały się od wyjścia w teren, od modlitwy i od legend: dlaczego piołun nazywa się piołun, dlaczego żywokost nosi taką nazwę i po co miodunka plamista (Pulmonaria officinalis) „na płuca”. Opowieści łączące wygląd rośliny z jej działaniem to klasyczna teoria sygnatur, dawniej podstawowy sposób objaśniania właściwości ziół.

Taki przekaz ma konkretny sens dydaktyczny. Wiedza praktyczna miesza się w nim z pamięcią rodzinną, lokalnym językiem i obrazem świata, w którym roślina działa jednocześnie jako lekarstwo, przyprawa i amulet. To znak rozpoznawczy tradycyjnej wiedzy etnobotanicznej: nie dzieli świata na „przyrodę” i „kulturę”, tylko traktuje jedno i drugie jako całość.

Swój rewir Bliziński opisuje z uśmiechem jako ogromny „ogródek”: Roztocze, fragment Lubelszczyzny, Bieszczady, część Gór Świętokrzyskich. W praktyce oznacza to wieloletnią znajomość stanowisk, pór zbioru i zmienności siedlisk. Zbieracz nie chodzi po anonimowym lesie. Buduje mapę miejsc, do których wraca latami, i zapisuje ją w „kajetach”, zeszytach ze stanowiskami poszczególnych gatunków.

Rozmowa „Pamięć Pogranicza” nr 3 z Zbigniewem Blizińskim. Materiał: odcinek na YouTube, kanał Stowarzyszenie Folkowisko, 2 listopada 2026, 34 min.

Rośliny jako ślady dawnych domów

Jeden z najciekawszych wątków rozmowy dotyczy czytania krajobrazu. Niektóre rośliny pojawiają się w skupiskach właśnie tam, gdzie kiedyś stały gospodarstwa, ogrody lub pola. Gatunki „napływowe”, jak nazywa je rozmówca, nie rosną w danym miejscu naturalnie w większych zbiorowiskach. Jeśli trafiają się w jednym punkcie lasu lub zarośli, ktoś musiał je kiedyś sadzić albo tolerować przy domu. Dla osoby znającej lokalną florę takie skupisko bywa wskazówką, że pod zaroślą leży zaginiona wieś.

Na pograniczu ten trop ma szczególny ciężar. W rozmowie Bliziński przytacza liczby dla Gorajca: przed wojną ponad tysiąc mieszkańców, z przysiółkami blisko dwa tysiące, dziś kilkadziesiąt osób. To liczby z pamięci i przekazu rodzinnego, nie ze spisu. Opowiada o wysiedleniach i przesunięciach granic, po których zabudowania zniknęły, drogi i pola zarosły, a część roślin uprawianych przy domach przetrwała sama. Flora staje się wtedy nietypowym archiwum, biologicznym zapisem dawnego użytkowania ziemi.

Rozmówca wspomina pozostałości po nieistniejących przysiółkach, m.in. ogrody zielarskie, piece wapiennicze i ślady upraw na wzgórzach, gdzie kiedyś były wsie. W materiałach Letniej Szkoły Tradycji opisuje stanowiska roślin wiązane z dawnymi ogrodami w Gorajcu i okolicy.[2] Dla historyka krajobrazu taki trop sam w sobie nie jest dowodem. Wskazuje miejsca warte badań terenowych i archiwalnych. W Gorajcu taki trop spotyka się z żywym przekazem ustnym: według jego opowieści do miejscowej „babki Gorajeckiej” na tyfus przyjeżdżano przed wojną aż ze Lwowa. Sama relacja niczego nie dowodzi, ale dobrze pokazuje, że we wsiach pogranicza kobieta z wiedzą o ziołach pełniła funkcję dzisiejszej apteki.

Przydomowa apteka: między doświadczeniem a dowodem

W rozmowie pojawiają się rośliny, które przez pokolenia należały do wiejskiego repertuaru: piołun, mięta, melisa, szałwia, żywokost, ślaz, rokitnik, mniszek, babka. Trzeba jednak rozdzielić dwa poziomy: tradycyjne zastosowanie oraz to, co współczesna medycyna potrafi potwierdzić dla konkretnego surowca, preparatu i wskazania. Poniższa tabela zestawia oba te poziomy dla najważniejszych wątków rozmowy.

Rośliny z rozmowy: co mówi tradycja, a co monografie Europejskiej Agencji Leków (EMA). Tradycyjne zastosowanie w monografiach to rejestrowane użycie zielarskie, nie dowód skuteczności klinicznej.
Roślina Co mówi przekaz z rozmowy Co mówią monografie EMA
Piołun (Artemisia absinthium) „na wszelkie zatrucia pokarmowe”, także jad kiełbasiany tradycyjnie przy przejściowej utracie apetytu i łagodnych dolegliwościach żołądkowo-jelitowych; botulizm wymaga pilnej pomocy medycznej[3][16]
Melisa lekarska (Melissa officinalis) herbatka uspokajająca, także dla dzieci tradycyjnie łagodne objawy stresu, wspomaganie snu, dolegliwości żołądkowo-jelitowe[4]
Szałwia lekarska (Salvia officinalis) przeciwzapalna, „wyciąga ropę”, na zęby tradycyjnie dolegliwości jamy ustnej i gardła, drobne problemy skórne i trawienne[5]
Żywokost lekarski (Symphytum officinale) korzeń „scala pęknięcia kości”, napary do picia tylko preparaty zewnętrzne, krótkotrwale, na drobne skręcenia i stłuczenia; doustnie ryzyko toksyczności[6]
Mniszek lekarski (Taraxacum officinale) „bardzo dobre lekarstwo na nowotwory” brak w monografiach EMA; NCCIH: brak przekonujących dowodów skuteczności w leczeniu chorób[7]

Piołun rzeczywiście ma w Unii Europejskiej monografię zielarską, ale jej zakres jest wąski: przejściowa utrata apetytu i łagodne dolegliwości żołądkowo-jelitowe.[3] To zupełnie co innego niż twierdzenie z rozmowy, że piołunem można leczyć zatrucie jadem kiełbasianym. Botulizm to rzadka, ale poważna choroba, która może prowadzić do trudności z oddychaniem, paraliżu mięśni i śmierci; według CDC wszystkie jej postacie wymagają natychmiastowej pomocy medycznej.[16] Żadne zioło nie jest jej terapią, a odroczenie wizyty w szpitalu na rzecz nalewki może kosztować życie.

Melisa i szałwia to przypadki, w których rodzinny przekaz i oficjalny zakres tradycyjnego użycia się pokrywają. Monografia melisy obejmuje łagodzenie objawów stresu i wspomaganie snu[4], szałwii zaś m.in. dolegliwości jamy ustnej i gardła[5]. Zgodność tradycji z monografią nie znaczy jeszcze, że każdy domowy preparat będzie równoważny produktowi o kontrolowanym składzie i dawce.

Niebieskofioletowe grzbieciste kwiaty szałwii lekarskiej z ciemnymi przysadkami, na jednym z kwiatów siedzi trzmiel
Szałwia lekarska (Salvia officinalis) w kwitnieniu; na dolnym kwiecie trzmiel. Fot. Flocci Nivis, Wikimedia Commons, licencja CC BY 4.0

Żywokost wymaga największej ostrożności. EMA dopuszcza krótkotrwałe stosowanie preparatów z korzenia wyłącznie zewnętrznie, przy niewielkich skręceniach i stłuczeniach. Korzeń zawiera alkaloidy pirolizydynowe, które przy przyjmowaniu doustnym mogą uszkadzać wątrobę.[6] Dawne opowieści o piciu wywarów „na kości” nie powinny trafiać do współczesnych porad zdrowotnych.

Zastrzeżenie: ten tekst opisuje tradycję i stan badań, nie zastępuje porady lekarskiej. Przy podejrzeniu zatrucia, botulizmu lub poważnych dolegliwości należy niezwłocznie szukać pomocy medycznej. Zioła mogą wchodzić w interakcje z lekami, a wiele surowców zielarskich ma przeciwwskazania przy ciąży, karmieniu i u małych dzieci.

Mniszek nie jest lekiem na raka

Najmocniejszego sprostowania wymaga wypowiedź o mniszku lekarskim jako „bardzo dobrym lekarstwie” na nowotwory. Badania laboratoryjne nad ekstraktami z mniszka istnieją, zwłaszcza w pracach amerykańskich, o których wspomina rozmówca. Wynik doświadczenia na hodowlach komórkowych nie jest jednak terapią onkologiczną. National Center for Complementary and Integrative Health podsumowuje to wprost: nie ma przekonujących dowodów naukowych na skuteczność mniszka w leczeniu jakiejkolwiek choroby.[7] Obiecujący wynik z probówki to nie to samo, co terapia u człowieka.

Rokitnik: mniej legendy, więcej chemii

Rokitnik zwyczajny (Hippophae rhamnoides) to przykład rośliny, w której przypadek intuicji zielarskiej da się sprawdzić analizą składu. Autorzy polskiego przeglądu z 2019 roku podkreślają, że owoce są skarbnicą witaminy C o wysokiej stabilności: rokitnik zachowuje właściwości także po gotowaniu i suszeniu, a sok może w codziennej diecie zastępować cytrynę.[8] Rozmówca ma więc rację co do kierunku: sok rokitnikowy to realnie witaminowy produkt. Wysoka zawartość składników odżywczych nie oznacza automatycznie działania leczniczego wobec konkretnych chorób.

Bieluń i muchomor: toksykologia zamiast rytuału

Rozmowa schodzi też na rośliny i grzyby psychoaktywne, od bielunia dziędzierzawy po muchomora czerwonego, używane dawniej w praktykach rytualnych. Tu liczy się kontekst toksykologiczny.

Bieluń dziędzierzawa (Datura stramonium) zawiera tropanowe alkaloidy: atropinę, skopolaminę i hioscyjaminę. Zatrucia prowadzą do ciężkiego zespołu antycholinergicznego, od majaczenia i halucynacji po zaburzenia rytmu serca, hipertermię i drgawki. Współczesne przeglądy opisują liczne przypadki, także po celowym użyciu psychoaktywnym.[9][10] Rozmówca opowiada, jak sporządził nalewkę z bielunia na ból ręki. O takiej praktyce można pisać wyłącznie jako o udokumentowanej tradycji z realnym ryzykiem, nigdy jako o instrukcji.

Bieluń dziędzierzawa z białymi trąbkowatymi kwiatami i kolczastymi torebkami, cała roślina na zdziczałym stanowisku
Bieluń dziędzierzawa (Datura stramonium): białe kwiaty-trąbki i kolczaste torebki. Zdjęcie ze stanowiska w Polsce. Fot. Krzysztof Ziarnek, Kenraiz, Wikimedia Commons, licencja CC BY-SA 4.0

Muchomor czerwony (Amanita muscaria) zawiera kwas ibotenowy i muscymol, substancje działające na ośrodkowy układ nerwowy. Zatrucia przebiegają z zaburzeniami świadomości, pobudzeniem, nudnościami i halucynacjami, a cięższe przypadki kończą się w szpitalu; opisano m.in. zatrucia u starszego małżeństwa po domowych preparatach.[12] Ostatnie lata przyniosły modę na muchomora w internecie, ale toksykologiczne przeglądy podkreślają ograniczone dowody kliniczne na deklarowane korzyści i realne ryzyko zatrucia.[11][13] Wątek historycznego użycia rytualnego, w tym syberyjskich szamanów, o których mowa w rozmowie, jest cennym materiałem dla etnobotaniki i etnomykologii. Dokumentacja tradycji to jedno, rekomendacja praktyki drugie.

Zasada zbieracza: stanowisko musi zostać

Bliziński dużo mówi o odpowiedzialnym zbiorze: nie wybiera całego stanowiska, omija miejsca, gdzie surowca jest mało, i podkreśla, że część roślin musi zostać dla odtworzenia populacji i dla zwierząt. Sama zasada jest ekologicznie sensowna. W rozmowie pada jednak konkretna liczba, 30 proc., przedstawiona jako wymóg prawny. Ogólnego polskiego przepisu ustanawiającego uniwersalną normę „30 proc.” dla zbioru dziko rosnących ziół nie udało się znaleźć.

Prawo działa inaczej. Gatunki podlegające ochronie ścisłej lub częściowej objęte są zakazami zrywania, niszczenia i pozyskiwania, a odstępstwa wymagają zezwolenia organu ochrony przyrody; listę gatunków i zakazy określa rozporządzenie ministra środowiska.[14][15] Dodatkowe ograniczenia wynikają z form ochrony terenu, na przykład parków narodowych i rezerwatów, oraz z woli właściciela gruntu. „Zostawić część stanowiska” to dobra praktyka zbieracza, nie jednolita ogólnopolska norma procentowa.

Pojawia się też teza, że skład chemiczny rośliny zmienia się z porą dnia, pogodą i fazą rozwoju, a niektóre surowce zbiera się wyłącznie zimą, jak jemiołę. Tu tradycja spotyka się z farmakognozją: zawartość olejków, alkaloidów czy glikozydów faktycznie różni się między fazami wegetacji, dlatego surowce farmaceutyczne pozyskuje się w określonym terminie.

Nie każda reguła o „najlepszej godzinie” ma potwierdzenie eksperymentalne, ale sama zasada zmienności składu w czasie jest dobrze udokumentowana.

Zmory, uroki i czarcie żebro

Najciekawszy kulturowo fragment rozmowy zaczyna się tam, gdzie kończy się farmakologia. Pojawiają się opowieści o urokach rzucanych przez dobre słowo, kąpielach niemowląt w wywarze z czarciego żebra i brzozowych gałęziach chroniących dom przed złymi siłami. Są i zmory duszące śpiących, i wampirze zabezpieczenia ułożenia zmarłego, w tym monety w ustach, o które prosiła wiekowa babcia rozmówcy. Dla nauki nie są to dowody nadprzyrodzonych mechanizmów. Są bezcennym materiałem do badań nad folklorem, historią religijności i lokalnymi modelami tłumaczenia choroby.

Te opowieści wiążą się przy tym z realnymi roślinami. Ten sam gatunek bywa jednocześnie surowcem, amuletem i elementem rodzinnego rytuału. Etnobotanika bada właśnie takie relacje: nie tylko to, do czego roślina służy, ale też jak społeczeństwo ją klasyfikuje, nazywa i wpisuje w obrzęd. Przysłowie, które rozmówca pamięta od babci, głosi, że śmierć omija ogród z szałwią. Jest dokładnie takim skrzyżowaniem: wierszowaną regułą pamięci i zarazem wskazówką, jaka roślina była w tym ogrodzie najcenniejsza.

Co zostaje, gdy zawód znika

Podcast kończy się pytaniem, czy tę wiedzę da się komuś przekazać. Dzieci rozmówcy poszły w innych kierunkach. Jedyna nadzieja tkwi w zacięciu wnuka sąsiada Marka, a dawni odbiorcy surowca, firmy zielarskie takie jak Herbapol, dawno przestały kształcić zawodowych zbieraczy. Na koniec cytuje dawnego kierownika zakupów: zawód zielarza ginie. Zostają pasjonaci.

Całą serię „Pamięć Pogranicza” znajdziesz na kanale Stowarzyszenia Folkowisko na YouTube, a o kolejnych odcinkach i festiwalu w Gorajcu stowarzyszenie informuje na swoim profilu na Facebooku.

To pytanie ważniejsze niż spór o pojedynczy przepis zielarski. Wiedza Zbigniewa Blizińskiego jest mieszaniną doświadczenia terenowego, rodzinnego przekazu, edukacji zawodowej, lokalnej historii i wierzeń. Nie wszystkie jej elementy są równie wiarygodne z punktu widzenia medycyny. Wszystkie są cenne jako źródło kulturowe, o ile zostaną odpowiednio opisane i opatrzone kontekstem.

Najlepszym sposobem ochrony tego dziedzictwa nie jest bezkrytyczne powtarzanie receptur, tylko dokumentacja: nagrywanie lokalnych nazw, miejsc zbioru, technik suszenia, opowieści i biografii ludzi, którzy tę wiedzę noszą. Dalszy krok należy do botaników, farmakognostów, historyków i toksykologów, którzy potrafią oddzielić obserwacje trafne od przypadkowych zbieżności, a użyteczne tradycje od praktyk ryzykownych. W zarośniętych ogrodach pogranicza rosną nie tylko zioła. Rosną ślady historii i to one są tu najcenniejszym surowcem.

Galeria

Najczęstsze pytania

Kim jest zielarz z Gorajca?

Zbigniew Bliziński, mieszkaniec Gorajca na Roztoczu Wschodnim, zbieracz ziół i strażnik rodzinnego przekazu zielarskiego. Nauki zaczerpnął głównie od babci, później uzupełniał je szkołą zielarską i wieloletnią praktyką terenową. Jego wiedzę prezentuje trzeci odcinek podcastu „Pamięć Pogranicza” Stowarzyszenia Folkowisko.

Czy piołun leczy zatrucia pokarmowe?

Monografia EMA uznaje piołun za tradycyjnie stosowany przy przejściowej utracie apetytu i łagodnych dolegliwościach żołądkowo-jelitowych. Zatrucie jadem kiełbasianym, o którym mowa w rozmowie, to botulizm: stan zagrożenia życia wymagający natychmiastowej pomocy medycznej i leczenia antytoksyną. Piołun nie jest jego terapią.

Czy mniszek lekarski działa na raka?

Nie ma na to dowodów. Badania laboratoryjne na ekstraktach z mniszka istnieją, ale wynik doświadczenia na komórkach nie jest terapią u człowieka. NCCIH stwierdza brak przekonujących dowodów na skuteczność mniszka w leczeniu jakiejkolwiek choroby.

Czy nalewki z bielunia lub muchomora są bezpieczne?

Nie. Bieluń zawiera atropinę, skopolaminę i hioscyjaminę, muchomor kwas ibotenowy i muscymol. Oba organizmy wywołują ciężkie zatrucia, od halucynacji po zaburzenia rytmu serca i utratę świadomości. W rozmowie opisano je jako żywą tradycję, ale z toksykologicznego punktu widzenia są to trujące preparaty.

Czy zbieranie ziół w Polsce jest legalne?

Zależy od gatunku i terenu. Gatunki chronione objęte są zakazem zrywania i pozyskiwania, a odstępstwa wymagają zezwolenia. Dodatkowe zasady obowiązują m.in. w parkach narodowych i rezerwatach oraz na gruntach prywatnych. Reguła „zostaw 30 proc. stanowiska”, przywołana w rozmowie, to dobra praktyka zbieracza, a nie przepis prawa.

Gdzie posłuchać całej rozmowy?

Podcast „Pamięć Pogranicza” nr 3 z Zbigniewem Blizińskim jest dostępny na YouTube. Osadzony odtwarzacz znajduje się w pierwszej sekcji tego artykułu.

Źródła

  1. Stowarzyszenie Folkowisko. „Zbigniew Bliziński o ziołach i ziołolecznictwie pogranicza”, Pamięć Pogranicza odc. 3, YouTube, 2.11.2026, 34 min. youtu.be/U2jNvP0RpFs
  2. Festiwal Re:tradycja, Letnia Szkoła Tradycji. Profil twórcy: Zbigniew Bliziński. retradycja.eu
  3. EMA/HMPC. Monografia ziołowa UE: Absinthii herba (piołun), EMA/HMPC/751490/2016 Corr. 1. ema.europa.eu
  4. EMA/HMPC. Monografia ziołowa UE: Melissae folium (melisa), EMA/HMPC/196745/2012. ema.europa.eu
  5. EMA/HMPC. Monografia ziołowa UE: Salviae officinalis folium (szałwia), EMA/HMPC/277152/2015 Rev. 1. ema.europa.eu
  6. EMA/HMPC. Monografia ziołowa UE: Symphyti radix (żywokost), EMA/HMPC/572846/2009. ema.europa.eu
  7. NCCIH. „Dandelion” (mniszek lekarski). nccih.nih.gov
  8. Urbaniak S., Kaźmierczak-Barańska J., Karwowski B.T. Rokitnik zwyczajny (Hippophaë rhamnoides L.) jako skarbnica witaminy C. „Postępy Biochemii” 65(3), 2019, s. 212–216. doi.org/10.18388/pb.2019_271
  9. Aćimović M. Datura stramonium: A Dangerous Weed and Alternative Drug of Abuse. „Planta Medica” 91(6–7), 2025, s. 353–370. doi.org/10.1055/a-2552-4434
  10. Fatur K., Kreft S. Common anticholinergic solanaceaous [sic] plants of temperate Europe – A review of intoxications from the literature (1966–2018). „Toxicon” 177, 2020, s. 52–88. doi.org/10.1016/j.toxicon.2020.02.005
  11. Günther A., Bednarczyk-Cwynar B., Tomczyk M. Ibotenic Acid and Muscimol in Amanita muscaria. „Molecules” 31(18), 2026. doi.org/10.3390/molecules31183232
  12. Stoeva-Grigorova S. i in. Acute Amanita muscaria Toxicity: A Literature Review and Two Case Reports in Elderly Spouses Following Home Preparations. „Toxins” 17(12), 2025. doi.org/10.3390/toxins17120570
  13. Ordak M. Amanita muscaria in the evolving novel psychoactive substances landscape: toxicological risks and clinical implications. „Frontiers in Pharmacology” 17, 2026. doi.org/10.3389/fphar.2026.1838212
  14. GDOŚ. Ochrona gatunkowa roślin, zwierząt i grzybów. gov.pl
  15. Rozporządzenie Ministra Środowiska z 9 października 2014 r. w sprawie ochrony gatunkowej roślin (Dz.U. 2014 poz. 1409). eli.gov.pl
  16. CDC. About Botulism. cdc.gov

Powiązane wpisy: Zioła i herbatki na laktację: co działa, Sałatnik leśny: co nauka naprawdę potwierdza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *